Początek jest ważny, to fakt. W nadziei na godnego zastępcę 15 sierpnia i z potrzeby uwolnienia się od upierdliwej kolejności, wybieram moment, w którym zostałam nazwana. Co prawda, w bardzo nieformalny sposób, bez właściwej wydarzeniu ceremonii wokół Cúmbua z muzyką w tle i ayahuascą w ręku i, musiałabym jeszcze dodać, pod wpływem pewnego zauroczenia, w każdym razie, Natesuna nadał mi imię shuar. ...NUNQUINUA, piękna bogini rzeki, o bardzo długich włosach. To ja.
Zapisałam się na zajęcia ”Sociedades amzónicas” i 16 września w ramach „salida al campo” wyruszyliśmy do Buena Esperanza, miejscowości leżącej w Amazonii (!!), ok. kwadrans drogi od miasta kolonów- Macas (dla spragnionych lokalizacji geograficznej). Mieliśmy się przekonać jak obecnie żyją Indianie Shuar, ale większość z nas była podekscytowana samym wyjazdem do selvy. Po przyjeździe trzeba było napisać raport etnograficzny, który teraz przede mną leży i właśnie dochodzę do wniosku, że chyba nie mam ochoty jeszcze raz tego wszystkiego opisywać, hehe. Ale, ale.. to nie zadanie domowe, jestem Panią mojej elektronicznej kartki, zatem w ramach wszystkiego niech będzie co nieco.
Przed kolacją mogliśmy się wykąpać w rzece. Był moment zawahania (Amazonia-rzeka-noc-kto na dnie (oby) wypoczywa), ale było kilku chętnych, a ja- wodny element, nie darowałabym sobie niewykorzystanej okazji. Ciemno, stopy coraz głębiej wgniatające się w maziste błoto, woda. Cudnie. Śmiech, radość, zdjęcia,.. trochę strachu wypłynąć samemu nieco dalej. Natesuna, syn przewodnika, podpłynął canoa, żeby przetransportować nas do miejsca, gdzie wejście na górę było łatwiejsze. Weszłam i stwierdziłam, że jeszcze mam niedosyt. Ponowne zanurzenie :). Tym razem płynęłam na plecach i dopiero wówczas zobaczyłam ile gwiazd!!! i kontury palm i innych drzew w polu widzenia, cisza. ... Boso po ziemi do źródła, w którym mogliśmy opłukać stopy- liście na szczęście nie czaiły pod sobą żadnych nieżyczliwych stworzeń.
Kolacja nie zawiodła i wszystko było ”de aquí”: na liściach platanowca spogladała świeżutka tilapia, do tego patas chinas y yuca, zapijane ziołową herbatką. Pycha!
Wracając do domku, musiałam się zatrzymać. Nie opiszę tego: subiektywnie- nie jestem w stanie, obiektywnie- nie wiem czy się da. Muzyka odgłosów, zestawienie przeróżnych, intensywnych (!) dźwięków, które się ze sobą zlewały: cykanie, gwizdanie, sykanie, świergot, mruczenie, kumkania, buczenie... cholera, nie znam zbyt wielu sonorycznych rzeczowników (?). To było coś! Chyba jeden z lepszych koncertów, jakie miałam przyjemność słuchać. Aż byłam wkurzona, że piłam tyle tej herbaty, bo miała działanie uspakajające, a że byłam zmęczona dosyć szybko zasnęłam. Nad ranem obudził odgłos deszczu, ale uspokojona, że drewniany dach dobrze wykonany, zasnęłam jeszcze na moment.
Sobota rozpoczęta pysznym śniadaniem, podział na dwie grupy i w dżunglę! Podziwiam koleżanki, które wyruszyły w okrojonych koszulkach. Ja starałam się zasłonić każdy centymetr ciała jakąkolwiek powłoką. Parę kroków i Nasetuna bierze na liść białawy kłębek przypominajacy w teksturze nieco dmuchawiec. Małe zawiniatko jest w stanie poparzyć tak, że lepiej gołą stopą nie nadepnąć na nie. Później zestaw drzew i roślin, których lecznicze działanie może wyratować z kilku nieprzyjemnych spotkań, np. z wężem. Hm, chyba nie chce mi się już pisać. Generalnie: gąszcz zielenii z żółtymi, orchideowymi, bordowymi odcieniami.
A! Nie, muszę się jeszcze pochwalić!! Są liany, których ostrza jak raz wejdą w skórę, to trzeba ją rozciąć, by wyciągnąć kolec, ale są też pnącza, które w razie spotkania z którymś z przedstawicieli felidos mogą uratować życie, tylko [krótki instruktarz]: tup, tup, tup i ... duży kot; nie zniżać wzroku, tylko patrząc na niego powoli zacząć się wycofywać; kątem oka wypatrywać nieco cieńszych drzew, po których kociak nie będzie się w stanie wdrapać za nami; gdy odległość jest wystarczająca, wydać gwałtowny, przeraźliwy dźwięk, co na chwilę go speszy i w tym momencie wskoczyć na drzewo, tudzież lnianę i jak najszybciej się wspiąć; poczekać, aż pan kot, bądź też kocica po kilkunastu próbach dostania się na drzewo, na którym się znajdujemy, zrezygnuje i się oddali. [Gocha!, to coś podobnego jak pozycja obronna przy spotkaniu z niedźwiedziem]. Wracając jedna z koleżanek wypatrywała z wytężeniem najbliższej lniany, por si acaso. Acha, miałam się pochwalić: robiliśmy próbne wejścia i za drugim razem udało mi się (byłam jedną z trzech, którym wyszło;).
Po powrocie, szybkie przebranie w strój kąpielowy y paseo en canoa. Nikt się nie odzywał, wszystkie siedziałyśmy jak zaklęte płynąc Pastazą. C i s z a . Dopłynęliśmy do wysepki, gdzie przez kolejną godzinę namaczaliśmy się w wodzie skacząc z jednej z lnian do rzeki ...
Pod wieczór transport do Macas, żeby zobaczyć miasto colonów, a na zakończenie wieczoru/ powitanie kolejnego dnia: impreza w jednej z tamtejszych dyskotek...
No hay comentarios:
Publicar un comentario